Warto wiedzieć

Bieszczadzkie ślady polskich pisarzy

Bieszczadzkie ślady polskich pisarzy

Bieszczady są miej­scem, które za­chwyca każ­dego. Nic więc dziw­nego, że nad uro­kli­wym kra­jo­bra­zami tej kra­iny roz­pły­wają się, nie tylko zwy­czajni tu­ry­ści. Królestwo Biesów i Czadów stało się bo­wiem na­tchnie­niem dla wielu mi­strzów pióra, któ­rzy upodo­bali je so­bie także na wy­po­czy­nek.

ALEKSANDER FREDRO (1793 — 1876)

Ten wy­bitny li­te­rat od­wie­dzał biesz­czadzką kra­inę m.in.: w 1804, 1818, 1854 r. W Hoczwi na­to­miast znaj­do­wał się dwór wy­bu­do­wany przez Jacka Fredrę, jego ojca. Niestety od­działy UPA spa­liły go po II woj­nie świa­to­wej, w 1946 r. Opisy wi­zyt au­tora „Zemsty”, z któ­rych wy­ła­nia się ob­raz Bieszczad sprzed 200 lat znaj­dziemy wła­śnie w jego twór­czo­ści – m.in. w pa­mięt­niku pi­sa­rza pt.: „Trzy po trzy”. Opisuje w nim m.in. po­dróż z Bieńkowej Wiszni do Cisnej, jaką od­był ma­jąc 11 lat.

Bieszczady pió­rem Aleksandra Fredry (frag­ment):

Przyjazd nasz wszakże nie w do­brą chwilę miał miej­sce. Zanosiło się na słotę. Z gór czar­nych ku­rzyło się wkoło – na co tam zwy­kli ma­wiać, że niedź­wie­dzie piwo wa­rzą. Szczyty gór były cał­kiem za­kryte, nie mo­gli­śmy więc po­dzi­wiać pierw­szą oso­bli­wość – Łu­pien­nik. Ta góra po­dług miej­sco­wego po­da­nia ma mieć dwa­dzie­ścia cztery kon­dy­gna­cje, a z wierz­chołka wi­dać Lwów!!! Wieczór, chcąc nas za­ba­wić, pan Zajączkowski, ów­cza­sowy rządca ci­śniań­ski, wy­strze­lił z fu­zji. Stokrotny od­głos, bie­gnący i wra­ca­jący po gó­rach, był dla nas zja­wi­skiem cał­kiem no­wym, na­wet nie prze­czu­tym. Nie było miary na­szemu za­dzi­wie­niu i za­chwy­ce­niu, dla­tego wy­strze­la­li­śmy wkrótce cały za­sób pro­chu z ar­se­nału pana Zajączkowskiego. Pobyt nasz w Cisny był pełny uciech. Wszystko dla nas było nowe – nowe dla słu­chu i wzroku. Trąby z kory ju­ha­sów od­zy­wały się cza­sami po gó­rach tu i ów­dzie. Ton ich me­lo­dyjny, nieco jed­no­staj­nie prze­cią­gły, po­wta­rzany, a ra­czej roz­cią­gany echem po ska­łach i la­sach, ma w so­bie coś tak swo­bod­nego a tę­sk­nego ra­zem, tak sto­sow­nego do tej po­waż­nie mil­czą­cej na­tury gór, że wra­że­nie, które od pierw­szego razu na mnie zro­bił, naj­mniej się nie starło. Odgłos tej trąby jest za­wsze dla mnie praw­dziwą roz­ko­szą, te­raz może i więk­szą niż wów­czas, bo za każ­dym to­nem leci kro­cie wspo­mnień. Ła­pa­li­śmy pstrągi i kieł­biki, a je­żeli się cza­sem noga ze­śli­znęła, było to po­wo­dem do śmie­chu bez końca. Zwiedzaliśmy sza­łasy po od­le­głych gó­rach, gdzie nas czę­sto­wano bun­dzem i bryn­dzą. Byliśmy prze­ko­nani, że w każ­dym pa­ro­wie musi być przy­naj­mniej je­den niedź­wiedź. W tym mnie­ma­niu utwier­dzał nas po­nie­kąd pan Zajączkowski. Bał on się niedź­wie­dzi nie po­woli. Powiadał nam, że przy­szedł­szy raz za­my­ślony nad jedną kładkę i pod­nió­sł­szy oczy, uj­rzał z dru­giej strony rzeki idą­cego do tej sa­mej kładki, za­pewne w za­mia­rze przej­ścia przez nią, ogrom­nego niedź­wie­dzia. Jak był ogromny niedź­wiedź, nie po­trzeba mó­wić… ro­zu­mie się, że jak wół, jak ko­pica siana i jaka jesz­cze ko­pica!… ro­zu­mie się także, że się pan Zajączkowski prze­stra­szył i że krzyk­nął, jak ża­den jesz­cze Zajączkowski nie krzy­czał. Niedźwiedź zdzi­wiony, bo za­pewne o czym in­nym my­ślał, wzniósł się na za­dnich ła­pach, a przed­nimi kla­snąw­szy parę razy zszedł na bok i zo­sta­wił wolne przej­ście, z któ­rej to jed­nak grzecz­no­ści pan Zajączkowski nie uznał za po­trzebne ko­rzy­stać i łą­cząc od­wagę z roz­trop­no­ścią wró­cił spiesz­nie do domu. – Od tego czasu – mó­wił – bez sza­bli przy boku nie wyjdę z dziedzińca.

Źró­dło: Trzy po trzy. Pamiętniki z epoki napoleońskiej

 

WINCENTY POL (1807 – 1872)

Ten wy­bitny pi­sarz, pu­bli­cy­sta, po­eta my­śli­ciel i uczony po raz pierw­szy od­wie­dził Bieszczady, a kon­kret­nie za­mek Krasickich w Lesku w 1833 roku. Wspólnie z Sewerynem Goszczyńskim wy­brał się wtedy do Cisnej i na Ło­pien­nik. Widać, góry te wy­warły na nim ogromne wra­że­nie, bo trzy lata póź­niej wró­cił tu i… za­miesz­kał w tzw. „Szumnym Dworze” w Kalnicy, gdzie zo­stał ad­mi­ni­stra­to­rem dóbr Ksawerego Krasickiego. Przez trzy lata, ja­kie tam prze­by­wał wniósł bar­dzo wiele w ży­cie miesz­kań­ców. Pomagał ubo­gim, bu­do­wał drogi, tar­taki mo­sty, roz­wi­jał kul­turę rolną… Realizował tam także swoje za­in­te­re­so­wa­nia z dzie­dziny geo­gra­fii i et­no­gra­fii. Konsekwencją jego wy­praw w góry stał się po­dział et­no­gra­ficzny gó­rali kar­pac­kich. W 1989 r., Pol prze­niósł się do Leska, gdzie za­jął się od­bu­dową sta­rego zamku Kmitów. To dzięki niemu mo­żemy po­dzi­wiać dziś piękny kla­sy­cy­styczny pa­łac z ko­lum­nadą. Mieszkał tam tylko rok, jed­nak los cały czas kie­ro­wał jego drogi na Podkarpacie (miesz­kał m.in. w Przemyślu i Skołoszowie).

Bieszczady pió­rem Wincentego Pola (frag­ment):

Beskidzie zie­lony! W trzy rzędy sa­dzony!
Beskidzie gra­niczny! Beskidzie ko­chany!
I chło­dem je­le­nim, i mgłami owiany…
Gdzież czasy są owe, gdym konno tam ha­sał,
Gdym serce i oczy po to­bie ja pa­sał?
To wą­sik się le­d­wie na twa­rzy mi pi­sał
I świat mną jak świer­kiem wy­nio­słym ko­ły­sał…
A dzi­siaj spo­glą­dam, Beskidzie, w twe strony
Ża­ło­śnie — jak ja­wor nad wodą schylony…

Źró­dło: Do zie­lo­nego Beskidu

JERZY HARASYMOWICZ (1933 – 1999)

Bieszczady, które uko­chał po­eta i za­ło­ży­ciel grup po­etyc­kich Muszyna i Barbarus, były czę­stym te­ma­tem jego twór­czo­ści. To jemu za­wdzięczmy zwrot „kra­ina ła­god­no­ści” oraz prze­piękne słowa, które wi­dzimy m.in. na biesz­czadz­kich ko­szul­kach: „W gó­rach jest wszystko, co ko­cham”. Harasymowicz był oswo­jony z tymi pięk­nymi gó­rami od dziecka. Jego dziad, Werhowyniec, Ukrainiec ze wschod­nich Bieszczadów, miesz­kał nie­da­leko Sławska, w Dołynie. Tam też mło­dziutki Jerzy spę­dzał wa­ka­cje. Później także wie­lo­krot­nie tu przy­jeż­dżał. O tym, jak mocno po­ko­chał Bieszczady, świad­czą nie tylko jego liczne wier­sze o nich, ale i ży­cze­nie, by jego pro­chy roz­rzu­cić nad Bieszczadami, co też uczy­niono 8 wrze­śnia 1999 r. Dziś sym­bo­liczny grób po­ety w po­staci po­mnika w kształ­cie bramy znaj­duje się na prze­łę­czy Wyżnej, przy wej­ściu na Połoninę Wetlińską.

Bieszczady pió­rem Jerzego Harasymowicza (frag­ment):

W gó­rach jest wszystko co kocham

Wszystkie wier­sze są w bukach

Zawsze kiedy tam wracam

Biorą mnie klony za wnuka

Zawsze kiedy tam wracam

Siedzę na ławce z księżycem

I szu­mią brzóz kropidła

Dalekie mia­sta są niczym […]

Źró­dło: W gó­rach

 

JERZY JANICKI (1928 – 2007)

Jeden z naj­wy­bit­niej­szych pol­skich sce­na­rzy­stów fil­mo­wych i te­le­wi­zyj­nych. Prekursor no­wego ga­tunku w ra­diu eu­ro­pej­skim. Pisarz i dra­ma­turg. Niestrudzony piewca i po­pu­la­ry­za­tor hi­sto­rii, tra­dy­cji i kul­tury Lwowa i Kresów Wschodnich. Fanatyczny mi­ło­śnik Bieszczadów i ich miesz­kań­ców. Po raz pierw­szy Jerzy Janicki za­wi­tał w Bieszczady w la­tach 60. Od tam­tej chwili nie­ustan­nie wra­cał do tego ma­gicz­nego frag­mentu Polski. W la­tach 80. ku­pił po­sia­dłość w miej­sco­wo­ści Chmiel w gm. Lutowiska, która stała się dla niego i jego ro­dziny dru­gim do­mem – kto wie czy nie bar­dziej bli­skim, niż ten na war­szaw­skiej Sadybie. To wła­śnie tu­taj czuł się w pełni zre­lak­so­wany, a biesz­czadzki kra­jo­braz do złu­dze­nia przy­po­mi­na­jący Gorgany i mała od­le­głość od uko­cha­nego Lwowa na­pa­wały go praw­dzi­wie twór­czym na­tchnie­niem. To w Bieszczadach po­wstały ob­szerne frag­menty sce­na­riu­szy m.in. do se­rialu „Dom,” a let­nie i zi­mowe od­cinki po­wie­ści ra­dio­wej „Matysiakowie” przez lata two­rzone były wła­śnie pod Otrytem. Spotkanie z tą nie­zwy­kłą pol­ską kra­iną za­owo­co­wało fa­scy­na­cją Janickiego miesz­ka­ją­cymi tu ludźmi, ich lo­sami i wręcz nie­co­dzienną pro­pa­go­waną przez nich fi­lo­zo­fią ży­cia. Niemal nar­ko­tycz­nie wsłu­chi­wał się w opo­wie­ści snute przez biesz­czad­ni­ków przy bie­siad­nych sto­łach i ogni­skach. Rzeczywistość Bieszczadów prze­trans­for­mo­wana zo­stała przez Janickiego na ję­zyk prozy, ra­dia i kina. Szerokiej pu­blicz­no­ści ob­ja­wiła się w for­mie fil­mów i słu­cho­wisk ra­dio­wych ta­kich jak „Hasło”, „Wolna Sobota” i „Wesołych Świąt” oraz zbioru kul­to­wych już „Opowiadań biesz­czadz­kich”. Bieszczady nie za­po­mniały o Jerzym Janickim. Tabliczka z jego na­zwi­skiem na wie­czy­stą pa­miątkę przy­bita zo­stała na ka­pliczce pa­mięci w Cicnej i zna­la­zła się w oto­cze­niu naj­słyn­niej­szych biesz­czad­ni­ków. Rok po śmierci Janickiego uka­zał się jego zbiór opo­wia­dań pt. „Opowieści biesz­czadz­kie”. 2 maja 2010 r., w 3 rocz­nicę śmierci Jerzego Janickiego, z ini­cja­tywy Gminy Lutowiska, któ­rej Janicki był ho­no­ro­wym Obywatelem, zo­stał od­sło­nięty po­mnik Jego pa­mięci. Rada Gminy pod­jęła także uchwałę o nada­niu Gminnemu Ośrodkowi Kultury w Lutowiskach imię Jerzego Janickiego.

źró­dło: www.wikipedia.pl; www.jerzyjanicki.pl

Bieszczady pió­rem Jerzego Janickiego (fragment):

[…] Gdzie ja je­stem? W Bieszczadach?! Co to po­noć wilki pod­cho­dziły tam pod same okna cha­łupy? Co to po­noć kra­ina bez Boga i mi­li­cji, za to pełna kry­ją­cych się przed pra­wem i ali­men­tami oprysz­ków? Ziemia krztu­sząca się jesz­cze dy­mem po­go­rze­lisk i pa­ru­jąca krwią po biesz­czadz­kiej woj­nie braci, co tylko tym się róż­nili mie­dzy sobą, że jedni raz, a dru­dzy trzy­krot­nie że­gnali się przy pa­cie­rzu? W kra­inie, co to na­wet po­noć na­zwę swą wie­dzie od BIESów – złych i Czadów nieco ła­god­niej­szych, ale też wszak jed­nak dia­błów, bo jakby tak na mapę zer­k­nąć, to w sa­mej rze­czy – gdzie dia­beł do­bra­noc po­wie­dział… Jakie tam „ponoć”?! […]

Źró­dło: Opowieści biesz­czadz­kie

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>